"Znachor" Tadeusz Dołęga- Mostowicz




 "Wspomnienie o najkrótszym szczęściu zostanie w duszy na zawsze, do śmierci. Czyż wolno wyrzekać się tego skarbu? Czyż lepiej zeń zrezygnować ze strachu przed cierpieniem i żyć już tylko jałową, beztreściwą pustką?"

"Bo bogactwo otumania. Zdobywa się bogactwo po to, by czemuś służyło, by w czym i pomogło. Gdy się je jednak już zdobędzie, ono zagłusza wszystko i każe człowiekowi, by jemu, bogactwu, służył".

"Płakali nad minioną złą przeszłością, nad smutkami serdecznymi, nad rozpaczą, która w nich wypaliła się do dna, płakali nad szczęściem swoim, tak wielkim, tak nieogarnionym, że sami w jego ogromie czuli się zagubieni, maluczcy i nieśmiali".

"Do niesprawiedliwości nawykł już od dawna. Nie oburzała go, nie dziwiła, nie smuciła nawet. Wiedział, że człowiek biedny tak musi do niej przywyknąć jak do słoty i mrozów. Bóg, który je zsyła, stworzył też ludzi złych, zawziętych, surowych, nieczułych".

"Bo szczęście póty trwa, póki je człowiek ocenia należycie. A dla człowieka wartość ma tylko to, co ciężko się zdobyło".

"Ano człowiek dla człowieka jednego dnia może być wszystkim, a drugiego... niczym".

Jesteście zwolennikami teorii "najpierw książka, potem film"? Czy macie do tego raczej luźne podejście?

Ja zwykle wybieram najpierw książkę, jednak wiadomo, że bywa różnie i niektóre filmy jak np. "Znachor" tak wrosły w kulturę i ramówkę telewizyjną, że nie sposób nie znać ekranizacji, często przez podjęciem lektury.

Wczoraj skończyłam czytać "Znachora", bo film (z 1981 roku) kocham całym sercem, choć to stare dzieje, ale ja wlaśnie takie czasy i przedstawienie codzienności i zwykłych ludzi uwielbiam. I cóż się okazało po lekturze? Że książka jest jeszcze lepsza niż film, a co ciekawe, w wielu kwestiach, zupełnie inna,

W tym wpisie pozwolę sobie nieco zaspojlerować i książkę i ekranizację, więc jeśli coś macie w planach, lepiej pomińcie i wróćcie za jakiś czas ;)

Zacznę od tego, że w powieści Tadeusza Dołęgi- Mostowicza postaci są bardzo głęboko zarysowane, ich czyny jasne i jedno wynika z drugiego, w ekranizacji nie zawsze to jest oczywiste i kilka wątków jest mocno spłyconych i uproszczonych. Zszokowało mnie, że w powieści Leszek nie rzuca Marysi kwiatów pod nogi, a to jedna z piękniejszych scen polskiej kinematografii... mysłałam, że tak pięknie opisał to autor w powieści, jednak po lekturze od razu rzuca się w oczy, że nie miał on skłonności do pisania bajkowych scen. Leszek wchodzi do izby i nie zastaje tam Marysi, to on czeka na nią. Co więcej była wtedy zima, bo sople zwisały z dachów i było mroźno, za 5 dni były święta, a w ekranizacji widzimy późne lato. Sama tożsamość Antoniego Kosiby wyszła na jaw nie w momencie procesu sądowego, a nieco później- na cmentarzu przy grobie jego żony. Czemu? Bo doktor Dobraniecki nie miał do końca czystych intencji i chciał zataić pewne fakty, na sali sądowej i później zastanawiał się czy opłaca mu się wyjawić informację że Kosiba to zaginiony 13 lat wcześniej Wilczur. No i moi drodzy, kolejna przykra rzecz... w książce nie pada zdanie: "Proszę państwa, wysoki sądzie, to jest profesor Rafał Wilczur". Dobraniecki mówi Marysi o jej ojcu na cmentarzu, ale używa innych słów. Co więcej, Marysia była blondynką, a fenomenalna z reszta jak zawsze, Anna Dymna, ma ciemne włosy.

Trochę można by tak było wymieniać, sporo takich smaczków powieść kontra film można by jeszcze znaleźć. A czemu o tym wszystkim piszę? Może po to byście sięgnęli po "Znachora" i sami odkryli resztę? Może jako ciekawostke, bo chyba każdy choć raz ten film widział, ale też po to by pokazać, że ekranizacja nie równa się fabuła książki. Pięknie został wykonany film z 1981 roku i niektóre sceny czy teksty stały się kultowe. W tym przypadku cieszę się, że przeczytałam książkę później, bo film mógłby mi się nie spodobać po lekturze- widziałabym ile jest przeinaczone.

A sam "Znachor" to historia wielkiego lekarza, chirurga, który traci pamięć i nie wie, kim jest. Powieść, w której pokazane jest jak tajemnice i ludzka zawiść mogą doprowadzić do nieszczęścia, jak człowiek jest niewiele wart, gdy traci swoje nazwisko i dyplomy i ile w stanie jest znieść miłość. Nie brakuje wątków naciąganych czy irytujących postaci. Uważam, że sama Marysia jest tak bardzo naiwna i delikatna, że z jednej strony może budzić litość czy niechęć, z drugiej jest w niej jednak coś, co sprawia, że wybaczamy jej te wszystkie infantylności i westchnienia. Powieść pisana była w innych czasach, ludzie inaczej postrzegali świat, ważne były konwenanse, zasady i znajomość swojego miejsca na świecie. Przez taki pryzmat patrzę na "Znachora" i lubię te czasy, tą surowość, ale przede wszystkim doceniam pomysł i piękne rozplanowanie fabuły przez Dołęgę- Mostowicza.


Komentarze

Popularne posty